Hello in October.
Dzisiejszego posta chciałabym zacząć od odniesienia się do notki, którą przeczytałam na blogu u mojej artystycznej koleżanki. BLOG Agata postanowiła zająć się tematem bardzo popularnym wśród dzisiejszej społeczności dotyczącym samoakceptacji a raczej jej braku. Post jest krótki, ale daje mnóstwo sposobności do przemyślenia swojego zachowania. Dwoma słowami (bo jednym się nie da ;p) SPISAŁA SIĘ.
Teraz chciałabym przejść do właściwego tematu tego postu; szkolny biwak mojego LO, o którym chciałam opowiedzieć już w piątek, ale kilka minut po powrocie porwały mnie objęcia Morfeusza. Brzmi śmiesznie, prawda? Biwak w październiku. No cóż, może to nie był taki biwak jaki sobie wszyscy wyobrażają, ale taką przyjęliśmy nazwę, sama nie wiem dlaczego. Zacznijmy od początku.
Na początku października nasz wychowawca przekazał nam informację odnośnie Dnia Patrona, który w tym roku miał odbyć się w nieco inny sposób. Całą szkołą mieliśmy jechać do ośrodka ,,Karolinka'' bądź ,,Na końcu świata'' (jeden ośrodek, dwie nazwy- bogato) w Jarnołtówku. Tam miał rozegrać się wcześniej wspomniany Dzień Patrona. Plan był prosty. 13 października o godzinie 8 wyruszamy do ośrodka i obchodzimy ten dzień najzabawniej jak się tylko da. (grupa z Głuchołaz miała wynajęty autobus, grupa z Prudnika, cóż jakoś tam dotarliśmy). Kiedy tylko usłyszałam o wyjeździe moje pierwsze słowa zabrzmiały ,,Jadę, proszę wpisać mnie na listę''. Kiedy wyszłam z klasy, moja koleżanka powiedziała mi, że ona nie jedzie, więc w sumie po co ja mam jechać. Trochę zdziwiło mnie to zdanie, na początku sama chciałam zrezygnować, ale w końcu nie dałam za wygraną. Co będzie to będzie. Zdecydowałam, że pojadę. Jako, że jestem z okolic Prudnika, a nie z samych Głuchołaz, miałam za zadanie po prostu dotrzeć tam sama, ponieważ Jarnołtówek mam po drodze. Na przystanku, ku chwale ojczyzny spotkałam Wiktorię i Szymona. ,,Haaa, nie jestem sama''- pomyślałam. Dzięki Wiktorii, pan kierowca podwiózł nas pod same drzwi ośrodka. Cudownie. Kiedy we trójkę weszliśmy do środka, na parterze panowała pustka. Z góry dochodził gwar głosów, wrzasków i śmiechów. ,,I co teraz?'' - zapytała Wiktoria. Na szczęście nie musieliśmy się zastanawiać, bo chwilę później ku naszej trójce kroczyła już nasza polonistka. Przywitała nas i zaprowadziła na górę jednocześnie informując, że musimy wszyscy zaczekać trochę na pokoje. Kiedy weszliśmy do świetlicy, już wiedzieliśmy skąd te wrzaski. To klasa 2b zabójczo rywalizowała w.........piłkarzyki. Typowe :D Okazało się też, że jak na razie dotarła jedna grupa uczniów (klasy 1a i 2b) a na (2a, 3a,3b) trzeba jeszcze zaczekać. Rzuciliśmy więc nasze bagaże w miejsce gdzie leżała tona innych toreb, walizek, plecaków etc i usiedliśmy na krzesłach. I.... tu zaczęły się wątpliwości. ,,Boże co my tu robimy?''. Na szczęście uratowało nas przybycie Patrycji i innych. Moja klasa urządziła sobie żarty. Nie zgadniecie ile nas było. 5 osób z klasy 3a.... Tylko 5. Żarty! No ale cóż, niechaj tak będzie. Po chwili głos zabrała pani kierownik i wyjaśniła zasady oraz nakazała podpisać regulamin. Ponadto nastał czas na rozdzielanie pokojów. Ja wzięłam razem z Patrycją i Wiktorią pokój 29, a Natalia, Kinga i Klaudia 28, ponieważ tak się umówiłyśmy. Kuba z mojej klasy przyjechał później i trafił do....ym właściwie nie wiem gdzie trafił. Grunt, że przeżył. Pierwsze piętro zostało przygotowane szybciej i niektórzy po chwili oczekiwania mogli już ruszyć do swojego pokoju. My miałyśmy pokój na drugim piętrze, dlatego czekałyśmy i czekałyśmy. Gdy pokój był już gotowy od razu tam ruszyłyśmy i się rozpakowałyśmy, stwierdziłyśmy nawet, że mają tam niezłą szafę, którą chciałybyśmy w naszych domach.
Kiedy wyszłyśmy na chwilę z pokoju w celu eksploracji ośrodka usłyszałyśmy wołanie ,,Proszę pani, bo tak jakby my nie mamy pokoju.'' Tak dokładnie. Nikt nie wie jak to się stało, ale Adam, Patryk i Kacper nie zostali przydzieleni do żadnego pokoju. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że kiedy pani kierownik została o tym poinformowana okazało się, że ,,nie ma już wolnych pokoi''. Chwile grozy zakończyła pani (szczerze nie wiem kto to był) mówiąc, ze został ostatni pokój, niedaleko kotłowni, więc będzie im ciepło. Tak oto dostali pokój nr 7 (o ile dobrze pamiętam) , który był nie dość, że na jakimś końcu ciemnego korytarza to jeszcze po drugiej stronie budynku. O godzinie 9(albo i nie bo już sama nie wiem o której to było XD) nadszedł czas na śniadanie. Kilka minut wyjętych z życiorysu i można wrócić do pokoju. Przed 10 pani poinformowała wszystkich że zaraz wychodzimy na szlak, okazało się, że ja nie muszę zostawać i przygotowywać konkurencji tylko mogę iść co nie było mi na rękę, bo w ogóle się na to nie przygotowałam myśląc, że muszę zostać. Nie miałam odpowiednich butów, a w ubraniach, które zabrałam chyba bym zamarzła. Ostatecznie ja, Wiktoria i Patrycja, czyli święty pokój 29, zostałyśmy i zdecydowałyśmy się na grę w karty. Taak przyjechały do Jarołtówka pograć w karty.
Hmm, oh mogę Was zapewnić, że moja
kariera tego dnia nie skończyła się na kartach i nie po to tam
przyjechałyśmy.xd Około godziny 12 usłyszałyśmy pukanie do drzwi, po
chwili okazało się, że to Szymon i Łukasz. Kiedy im powiedziałyśmy, że
nie poszłyśmy z niedowierzaniem zapytali ,,seriooo, to tak można
było?''. Haha. Skończyło się na tym, że przez następną godzinę graliśmy w
piątkę w remika i uno. Kiedy nadchodziła godzina 13, trochę nam się
znudziła gra, ale z pomocą nadeszła Wiktoria. Tak oto rozłożyliśmy się
na dwóch łóżkach i oglądaliśmy najpierw ,,Złe książki : Pięćdziesiąt
twarzy Greya'' gdzie gościu omawia tą książkę, wyciągając cytaty i
pokazując jakie to jest głupie i nie ma sensu. Płakaliśmy ze śmiechu.
Następnie....nadszedł czas na oglądanie czegoś co wolałabym w opisie
pominąć bo było tak głupie. W międzyczasie odwiedziłyśmy też pokój
chłopaków w sąsiednim skrzydle. Kiedy po godzinie 13 grupa wróciła ze
szlaków, zawołano nas na obiad. Nie było to znowu nic specjalnego,
dlatego dość szybko wróciłyśmy do pokoju. I znowu był czas wolny. Wtedy
zaczęłyśmy dyskutować na temat studniówki. Trochę straciłyśmy rachubę czasu, ale po
pewnym baardzoo dłuugim czasie usłyszałyśmy jak ktoś woła, żebyśmy
zeszły do świetlicy. Kilka minut później znalazłyśmy się w świetlicy
(która zostawiła mi miłe wspomnienia, ale to dopiero później). Stoliki
były już poustawiane, każda klasa miała przydzielone swoje miejsce.
Nasza marna piątka zajęła jeden biedny stoliczek. Jedno jest pewne
byliśmy dzielni. Ja z mojej klasy przygotowywałam konkurencję związaną z
szukaniem karteczek, które były rozmieszczone, gdzie tylko moja
wyobraźnia mnie poniosła. Później wróciłam do stolika, gdzie właśnie
trwało wybieranie zdjęć do zadania nr 1. Zadanie nr 2 polegało na
napisaniu opisu dotyczącego tych zdjęć przebiegu trasy etc. (napisaliśmy dziwny wiersz). Kolejne były
puzzle i w końcu konkurencja z szukaniem. Polegała na tym, że
zabierałam 3 przedstawicieli klasy, którzy mieli 1,5 minuty na
znalezienie jak najwięcej karteczek. Oczywiście, ja nie wiedziałam ile
ich jest (oczywiście, że wiedziałam). Klasa 1 znalazła 9, klasa 2a- 8,
klasa 2b przed czasem znalazła 10 za co po ich namowach jak widać
skutecznych dorzuciłam im z panią jeszcze jeden punkt, nasza klasa 3a
znalazła - 8, a klasa 3b-6. I tak za każdym razem gdy wracałam z jakąś
klasą musiałam ponownie rozłożyć karteczki w tych samych miejscach iść
po klasę, później ich pilnować, liczyć i znowu do pani, i znowu
rozkładać i po klasę i zapisywać i tak w kółko. Kiedy ta konkurencja się
skończyła byłam najszczęśliwsza, bo szczerze po 2 razie zrobiło się
nudno. Dodam, że jako iż miałam też pilnować mojej klasy a chciałam żeby
nie uznano, że oszukujemy, poprosiłam panią, aby wyznaczyła dwie osoby z innych klas,
które pójdą ze mną. Uczciwość to podstawa. W międzyczasie inni
rozwiązywali pozostałe konkurencje. Aż w końcu pani polonistka zażyczyła
sobie wybrać dwie osoby do konkurencji o nazwie ,,taczka''. Udało mi się
zaobserwować tylko naszą klasę, 3b i 2b. Śmiesznie to wyglądało. Kinga i
Kuba dali radę. Następnie nastąpiła bardzo niesprawiedliwa dla nas
konkurencja. Trzeba było ustawić się w rządku, stopa za stopą, a pani
miarką mierzyła ile metrów zajmuje klasa. Przegraliśmy wiadomo. Wygrała
klasa 2b. Ostatnia konkurencja dotyczyła rzucania ,,rakietkami'' (nwm
jak je nazwać) do koszyka z odległości. Jako, że była nas tylko piątka,
pani zdecydowała się na 5-osobowe drużyny. Przynajmniej nie kłóciliśmy
się o to kogo wytypować. ,,Cholera'' - pomyślałam. ,,W życiu nie trafię
do tego koszyka, jaki wstyd'', ,,Dobra, raz się żyje''. Okazało się, że
rzucamy jako pierwsi. Pierwsza rzucała Natalia, gdyby nie to, że
przewrócił się jej koszyk, bo nikt nie pomyślał, że tak będzie i go nie
trzymał mielibyśmy już wtedy jeden punkt. No ale niestety Natalka nie
powtórzyła już rzutu. Nie trafiła ani razu. Dodam, że każdy miał 4 szanse
(jedna próba, trzy właściwe). Następnie była Klaudia, Kinga i Kuba,
którzy ani razu nie trafili. Wtedy przyszedł czas na mnie. ,,Na początek
chciałabym Was z góry przeprosić jeśli kogoś uszkodzę'' za co dostałam
brawa i doping od klasy 2b. Pierwszy próbny prawie trafiłam ale odbił
się od brzegu i poleciał w bok. Następnie ktoś z wcześniej wymienionej
klasy krzyknął ,,dasz radę'' ale ,,trochę w prawo'', zaczęłam się śmiać, ale
po chwili zdecydowałam posłuchać rad i.....TRAFIŁAM. Następny poleciał
aż za bardzo w prawo a kolejny odbił się znowu od ramy kosza. Ale zawsze
to jeden punkt. Lepsze to niż zero. Następnie rzucały klasy 1a, 2a, 2b i
3b. Nie pamiętam wyniku 1a, 2a i 3b, ponieważ było to na pewno więcej
niż jeden. Pamiętam jedynie, że w 2b również zdobyli 1 punkt, ponieważ
zremisowali z nami i mieli tyle samo pkt za to zadanie. Po zadaniach
mieliśmy poukładać krzesła i stoliki i mogliśmy udać się do pokoi. O
godzinie hmmm, tak mi się wydaje, że 18 (albo 19) była kolacja, znowu
parę minut wyjęte z życiorysu. Następnie wróciłyśmy z Patrycją i
Wiktorią do pokoju. Szczerze chciało nam się spać. Wtedy usłyszałyśmy
muzykę. ,,To ta dyskoteka, tak?'' - zapytała Patrycja - ,,idziemy
sprawdzić?''. Kiedy szłyśmy w stronę światła...to znaczy muzyki,
pamiętam że mówiłyśmy, że pewnie ,,skończy się na belgijce'' albo że
,,nikt się nie będzie chciał bawić''. Błąd, błąd, błąd. Gdy weszłyśmy,
zobaczyłyśmy dużą grupę osób tańczących i bawiących się. Szok. Na
początku usiadłyśmy, bo próbowałyśmy wbić do głowy Wiktorii żeby szła z
nami się bawić, gdyż ona sama nie chciała tego zrobić. Jednakże widok
wyjątkowo dobrze ruszającego się ,,chłopaka'' (nie zdradzę imienia dla
własnego bezpieczeństwa) przyciągnął nas na parkiet. Minęło pół godziny,
godzina, dwie.. a my dalej się bawiliśmy. Nagle, dziwnie się
poczułyśmy, w sensie nie dziwnie jako źle, ale jakoś tak lekko. Dodam,
że nie spożyłyśmy ani kropli alkoholu. (z prowadzonego później przez nas
śledztwa wywnioskowałyśmy, że inni jednak pili...i to dużo, a opary
alkoholu z wydychanego powietrza najwyraźniej spowodowały, że nasze
głowy stały się lekkie). Mimo wszystko uznaje czas dyskoteki za
najlepszy w moim życiu. Bawiłyśmy się ze wszystkimi. Do dziś prześladują
nas w dobrym sensie ruchy jednego z chłopaków, o którym ściany pokoju
29 usłyszały bardzo dużo. Matko najdroższa, jak on się ruszał. (nie
wierzę, że to napisałam, po prostu nie wierzę). Pokój 29 usłyszał też
wiele sekretów, które obiecałyśmy, że zostaną tylko w naszych głowach i
nie opuszczą tego pokoju. Nie pamiętam nawet, o której skończyła się
dyskoteka, pamiętam jedynie, że krzyczałyśmy z Patrycją ,,chcę Ciebie'' i
,,wybieram Ciebie'' (na szczęście pamiętam do kogo, i to mnie przeraża
ale i śmieszy). Po dyskotece mieliśmy zorganizować noc filmową, ale w
końcu skończyło się na tym, że zaczęła się gra w twistera (Przemek ku
zaskoczeniu wszystkich, wygrywał, prawiee cały czas) ponadto nauczyciele
zajęli dwie wygodne kanapy w przejściu miedzy skrzydłami budynku i
śmiali się z przeróżnych rzeczy. Wiktoria w końcu pożyczyła od Mateusza
gitarę i grała nam ,,I see fire''. Kiedy okazało się, że pan Tomek
(matematyka + skill na gitarze) przyjechał zeszłyśmy na dół. Wiktorii od
razu spodobał się pomysł wspólnego śpiewania i grania. Po chwili
zdecydowałyśmy się z Patrycją przyjrzeć twisterowi. Udało im się
wciągnąć do gry naszego wychowawce (3a) a później nawet Pana Tomka. Po
godzinie oglądania zasnęłam na chwilę oparta o słup, ale obudziło mnie
wołanie Przemka ,,prawa noga na zielony'', którego krzyk wdarł mi się do
mózgu. Nie dadzą człowiekowi pospać. Kiedy wybiła 2 w nocy,
postanowiłyśmy z Patrycją i Wiktorią wrócić do pokoju. Powiedziałyśmy
nawet nauczycielom dobranoc. Sms od Łukasza jednak popsuł nam plany.
Zabrałyśmy koce i znowu ruszyłyśmy krucjatą do pokoju w drugim skrzydle.
,,Przecież miałyście spać''. No tyle, że jak weszłyśmy do pokoju to nam
się spać odechciało. Kiedy tam dotarłyśmy, ulokowałyśmy się na
łóżkach, owinęłyśmy się w koce i tak oto do godziny prawie 2:30
rozmawialiśmy i śmialiśmy się sami nie wiemy z czego. Około godziny 3 do
pokoju wparował p. Dutka z prośbą byśmy szły do swoich pokoi, bo
idziemy wszyscy spać. Nie było nam to na rękę, ale po chwili wymiany
zdań poddałyśmy się i wróciłyśmy ostatecznie do pokoju. Jednakże,
okazało się, że 1a i pani Beatka jeszcze nie idą spać i tańczą belgijkę.
Byłyśmy nieco złe, ale i zmęczone więc wróciłyśmy i zamknęłyśmy się w
pokoju. Kiedy już ujarzmiłam swoje włosy, wszystkie położyłyśmy się.. Za ścianą chłopcy z 2b urządzili sobie.. nie wiem co sobie
urządzili ale czymś trzaskali. Trenowali kung fu? Sprawdzali
wytrzymałość podłogi? Do dziś pozostaje to tajemnicą. Kiedy już się
położyłyśmy, wspominałyśmy we trójkę cały dzień. Nie obyło się od
wspominania dyskoteki i ruchów pewnego osobnika płci męskiej, który
wkradł nam się do mózgów na całą noc. Zaczęłyśmy się śmiać, aż nagle
usłyszałyśmy pukanie do drzwi. Okazało się, że to p. Dorosz ,,ciszej
dziewczynki, słychać Was na półpiętrze''. To nie nasza wina, to wina cóż
no właśnie kogo? Tego osobnika, którego imienia nie zdradzę. Jedno jest
pewne, kto nie widział pewnych rzeczy na dyskotece niech żałuje. Kto
nie był z nami na wyjeździe a mógł, niech też żałuje. Bowiem to był
najlepszy dzień naszego życia. Około godziny 4 zasnęłyśmy. Ustawiłyśmy
budzik na 8, ale Camille oczywiście musiała się obudzić już o 7. Po co
komu sen? Leżałam i wspominałam sobie poprzedni dzień z jedną myślą w
głowie ,,oby wszystko poszło tak jak ma być, błagam'' (czwartek: dzień interesów Camille). Z czasem obudziła
się też Patrycja i Wiktoria. Kiedy chciałyśmy z psychoPATKĄ
odpowiedzieć ,,cześć'' z naszych gardeł nie dotarł żaden dźwięk. Cóż
wczorajsze krzyki i śpiew na dyskotece mogły trochę pokiereszować nasze struny głosowe. Na
szczęście Patka miała tabletki na gardło i po 30 minutach znowu mogłyśmy
normalnie mówić. Uderzyła nas wtedy rzeczywistość; do 9 musimy
,,ogarnąć'' pokój, spakować się, ściągnąć pościel i co ważniejsze wyjść z
pokoju wyglądając jak cywilizowani ludzie. Gdy spojrzałam na swoje
włosy w lustrze przeraziłam się. Były w opłakanym stanie. Cóż, tona
odżywki, warkocz i upięcie włosów w stylu księżniczki Lei rodem z
uniwersum Star Wars pomogło. Gdy próbowałam ujarzmić wystające w różne
strony kosmyki, ktoś zapukał do drzwi. Jako że byłam najbliżej drzwi,
otworzyłam. Szczerze myślałam, że to jakiś nauczyciel. Myliłam się.
Okazało się, że to jeden z drugoklasistów (2b). Widziałam jak z
rozbawieniem taksował wzrokiem moje włosy po czym opamiętał się i
powiedział ,,oo to już nie śpicie'' i poszedł''. Takie życie z moimi
włosami.
Kiedy schodziłyśmy na śniadanie ludzie pytali
,,Kamila co się stało z twoimi włosami?'' albo ,,Gdzie twoje włosy?''.
Widzicie trzeba było pojechać ze mną na wycieczkę, żebym je spięła, no
ewentualnie można wpaść do nas na wf. Nauczyciele znowu siedzieli na
swoich miejscach na kanapie i śmiali się. Było to ciekawe doświadczenie,
zobaczyć ich poza szkołą, śmiejących się z różnych rzeczy. Pani Hefczyc
ubolewała ,,włosy mi się pokręciły, a niestety nie mam takich jak
Kamila, że zwiąże w warkocz i po problemie''. Z reszty rozmów totalnie
się wyłączyłyśmy i zeszłyśmy na śniadanie. Dostałyśmy znowu naszą
specjalnie zamówioną gorzką herbatę i było znośnie. Odśpiewaliśmy
nauczycielom sto lat i tonę innych piosenek. Ponadto Przemek w imieniu
całej szkoły podziękował pani dyrektor ośrodka za gościnę. Po śniadaniu
zostało nam tylko czekać. Ok. godziny 10 wszyscy zebraliśmy się w hallu i
żegnaliśmy się z tym miejscem. Osobiście stwierdziłyśmy z Patrycją, że
trochę żal nam opuszczać ten ośrodek, no ale trzeba wracać do domu i co
ważniejsze zregenerować organizm. Wiktoria o godzinie 16 wyjeżdżała na
kolejny obóz, dlatego ona raczej nie mogła tego dnia odpocząć. Kiedy pod ośrodek
podjechał autobus pożegnaliśmy się wszyscy standardowym ,,hugs'' bądź
,,do poniedziałku''. Osoby udające się w kierunku Głuchołaz wsiadły do
autobusu a ja, Wiktoria i Szymon udaliśmy się w kierunku przystanku w
przeciwną stronę. Zaczekaliśmy aż autobus odjedzie i ruszyliśmy w ogóle
się nie spiesząc. Autobus mieliśmy mieć 10:20. Kiedy dotarliśmy na
przystanek Wiktoria opowiedziała mi o tym jak na wakacjach pojechała z
koleżanką stopem do Szczecina. Następnie przybłąkał się do nas cudowny
brązowooki piesek, który tulił się do nas i chciał, żebyśmy go głaskali. Kiedy
przyjechał autobus, byliśmy nieco uradowani. Wracamy :D. Gdy wysiedliśmy
w Prudniku dookoła było mnóstwo ubranych na galowo osób. Tylko my trzej
podróżnicy z plecakami, torbami i kalimatami wyróżnialiśmy się. Około
godziny 12 dotarłam wreszcie do domu. Przypomniało mi się, że w nocy
miała miejsce premiera nowego sezonu Supernatural. Tak więc ledwo żyjąc
obejrzałam odcinek, który pokochałam od pierwszych sekund. Po obejrzeniu
odcinka w swoje objęcia porwał mnie Morfeusz. Spałam kilka godzin a
kiedy obudziłam się moimi pierwszymi słowami było ,,o matko, to już
poniedziałek?''. Tak to się dzieje, kiedy zasypiasz w środku dnia.
Reasumując całe te dwa dni. Przed wyjazdem miałam wiele wątpliwości ale teraz z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że były to najpiękniejsze dwa dni mojego życia. Jedyny taki wyjazd całą szkołą, gdzie mogliśmy zapomnieć czy jesteśmy z klasy 1, 2 czy 3, zapomnieć, że ktoś jest starszy bądź młodszy, tylko po prostu się bawić. Świat realny został poza drzwiami tego budynku. Przypominając sobie rozmowy pokoju 29, uświadomiłam sobie, że mamy się z Wiktorią i Patrycją umówić na wspólne oglądanie filmu (którego tytułu zapomniałam).
Gdybym miała okazję znów pojechać na taki event zrobiłabym to bez zawahania.
Na dzisiaj to wszystko.
Do następnego postu.
~ Camille
____________________________________
Jedna z piosenek, która zapadła mi tego dnia najbardziej w pamięć:
Dzisiejszego posta chciałabym zacząć od odniesienia się do notki, którą przeczytałam na blogu u mojej artystycznej koleżanki. BLOG Agata postanowiła zająć się tematem bardzo popularnym wśród dzisiejszej społeczności dotyczącym samoakceptacji a raczej jej braku. Post jest krótki, ale daje mnóstwo sposobności do przemyślenia swojego zachowania. Dwoma słowami (bo jednym się nie da ;p) SPISAŁA SIĘ.
Teraz chciałabym przejść do właściwego tematu tego postu; szkolny biwak mojego LO, o którym chciałam opowiedzieć już w piątek, ale kilka minut po powrocie porwały mnie objęcia Morfeusza. Brzmi śmiesznie, prawda? Biwak w październiku. No cóż, może to nie był taki biwak jaki sobie wszyscy wyobrażają, ale taką przyjęliśmy nazwę, sama nie wiem dlaczego. Zacznijmy od początku.
Na początku października nasz wychowawca przekazał nam informację odnośnie Dnia Patrona, który w tym roku miał odbyć się w nieco inny sposób. Całą szkołą mieliśmy jechać do ośrodka ,,Karolinka'' bądź ,,Na końcu świata'' (jeden ośrodek, dwie nazwy- bogato) w Jarnołtówku. Tam miał rozegrać się wcześniej wspomniany Dzień Patrona. Plan był prosty. 13 października o godzinie 8 wyruszamy do ośrodka i obchodzimy ten dzień najzabawniej jak się tylko da. (grupa z Głuchołaz miała wynajęty autobus, grupa z Prudnika, cóż jakoś tam dotarliśmy). Kiedy tylko usłyszałam o wyjeździe moje pierwsze słowa zabrzmiały ,,Jadę, proszę wpisać mnie na listę''. Kiedy wyszłam z klasy, moja koleżanka powiedziała mi, że ona nie jedzie, więc w sumie po co ja mam jechać. Trochę zdziwiło mnie to zdanie, na początku sama chciałam zrezygnować, ale w końcu nie dałam za wygraną. Co będzie to będzie. Zdecydowałam, że pojadę. Jako, że jestem z okolic Prudnika, a nie z samych Głuchołaz, miałam za zadanie po prostu dotrzeć tam sama, ponieważ Jarnołtówek mam po drodze. Na przystanku, ku chwale ojczyzny spotkałam Wiktorię i Szymona. ,,Haaa, nie jestem sama''- pomyślałam. Dzięki Wiktorii, pan kierowca podwiózł nas pod same drzwi ośrodka. Cudownie. Kiedy we trójkę weszliśmy do środka, na parterze panowała pustka. Z góry dochodził gwar głosów, wrzasków i śmiechów. ,,I co teraz?'' - zapytała Wiktoria. Na szczęście nie musieliśmy się zastanawiać, bo chwilę później ku naszej trójce kroczyła już nasza polonistka. Przywitała nas i zaprowadziła na górę jednocześnie informując, że musimy wszyscy zaczekać trochę na pokoje. Kiedy weszliśmy do świetlicy, już wiedzieliśmy skąd te wrzaski. To klasa 2b zabójczo rywalizowała w.........piłkarzyki. Typowe :D Okazało się też, że jak na razie dotarła jedna grupa uczniów (klasy 1a i 2b) a na (2a, 3a,3b) trzeba jeszcze zaczekać. Rzuciliśmy więc nasze bagaże w miejsce gdzie leżała tona innych toreb, walizek, plecaków etc i usiedliśmy na krzesłach. I.... tu zaczęły się wątpliwości. ,,Boże co my tu robimy?''. Na szczęście uratowało nas przybycie Patrycji i innych. Moja klasa urządziła sobie żarty. Nie zgadniecie ile nas było. 5 osób z klasy 3a.... Tylko 5. Żarty! No ale cóż, niechaj tak będzie. Po chwili głos zabrała pani kierownik i wyjaśniła zasady oraz nakazała podpisać regulamin. Ponadto nastał czas na rozdzielanie pokojów. Ja wzięłam razem z Patrycją i Wiktorią pokój 29, a Natalia, Kinga i Klaudia 28, ponieważ tak się umówiłyśmy. Kuba z mojej klasy przyjechał później i trafił do....ym właściwie nie wiem gdzie trafił. Grunt, że przeżył. Pierwsze piętro zostało przygotowane szybciej i niektórzy po chwili oczekiwania mogli już ruszyć do swojego pokoju. My miałyśmy pokój na drugim piętrze, dlatego czekałyśmy i czekałyśmy. Gdy pokój był już gotowy od razu tam ruszyłyśmy i się rozpakowałyśmy, stwierdziłyśmy nawet, że mają tam niezłą szafę, którą chciałybyśmy w naszych domach.
Kiedy wyszłyśmy na chwilę z pokoju w celu eksploracji ośrodka usłyszałyśmy wołanie ,,Proszę pani, bo tak jakby my nie mamy pokoju.'' Tak dokładnie. Nikt nie wie jak to się stało, ale Adam, Patryk i Kacper nie zostali przydzieleni do żadnego pokoju. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że kiedy pani kierownik została o tym poinformowana okazało się, że ,,nie ma już wolnych pokoi''. Chwile grozy zakończyła pani (szczerze nie wiem kto to był) mówiąc, ze został ostatni pokój, niedaleko kotłowni, więc będzie im ciepło. Tak oto dostali pokój nr 7 (o ile dobrze pamiętam) , który był nie dość, że na jakimś końcu ciemnego korytarza to jeszcze po drugiej stronie budynku. O godzinie 9(albo i nie bo już sama nie wiem o której to było XD) nadszedł czas na śniadanie. Kilka minut wyjętych z życiorysu i można wrócić do pokoju. Przed 10 pani poinformowała wszystkich że zaraz wychodzimy na szlak, okazało się, że ja nie muszę zostawać i przygotowywać konkurencji tylko mogę iść co nie było mi na rękę, bo w ogóle się na to nie przygotowałam myśląc, że muszę zostać. Nie miałam odpowiednich butów, a w ubraniach, które zabrałam chyba bym zamarzła. Ostatecznie ja, Wiktoria i Patrycja, czyli święty pokój 29, zostałyśmy i zdecydowałyśmy się na grę w karty. Taak przyjechały do Jarołtówka pograć w karty.
Hmm, oh mogę Was zapewnić, że moja
kariera tego dnia nie skończyła się na kartach i nie po to tam
przyjechałyśmy.xd Około godziny 12 usłyszałyśmy pukanie do drzwi, po
chwili okazało się, że to Szymon i Łukasz. Kiedy im powiedziałyśmy, że
nie poszłyśmy z niedowierzaniem zapytali ,,seriooo, to tak można
było?''. Haha. Skończyło się na tym, że przez następną godzinę graliśmy w
piątkę w remika i uno. Kiedy nadchodziła godzina 13, trochę nam się
znudziła gra, ale z pomocą nadeszła Wiktoria. Tak oto rozłożyliśmy się
na dwóch łóżkach i oglądaliśmy najpierw ,,Złe książki : Pięćdziesiąt
twarzy Greya'' gdzie gościu omawia tą książkę, wyciągając cytaty i
pokazując jakie to jest głupie i nie ma sensu. Płakaliśmy ze śmiechu.
Następnie....nadszedł czas na oglądanie czegoś co wolałabym w opisie
pominąć bo było tak głupie. W międzyczasie odwiedziłyśmy też pokój
chłopaków w sąsiednim skrzydle. Kiedy po godzinie 13 grupa wróciła ze
szlaków, zawołano nas na obiad. Nie było to znowu nic specjalnego,
dlatego dość szybko wróciłyśmy do pokoju. I znowu był czas wolny. Wtedy
zaczęłyśmy dyskutować na temat studniówki. Trochę straciłyśmy rachubę czasu, ale po
pewnym baardzoo dłuugim czasie usłyszałyśmy jak ktoś woła, żebyśmy
zeszły do świetlicy. Kilka minut później znalazłyśmy się w świetlicy
(która zostawiła mi miłe wspomnienia, ale to dopiero później). Stoliki
były już poustawiane, każda klasa miała przydzielone swoje miejsce.
Nasza marna piątka zajęła jeden biedny stoliczek. Jedno jest pewne
byliśmy dzielni. Ja z mojej klasy przygotowywałam konkurencję związaną z
szukaniem karteczek, które były rozmieszczone, gdzie tylko moja
wyobraźnia mnie poniosła. Później wróciłam do stolika, gdzie właśnie
trwało wybieranie zdjęć do zadania nr 1. Zadanie nr 2 polegało na
napisaniu opisu dotyczącego tych zdjęć przebiegu trasy etc. (napisaliśmy dziwny wiersz). Kolejne były
puzzle i w końcu konkurencja z szukaniem. Polegała na tym, że
zabierałam 3 przedstawicieli klasy, którzy mieli 1,5 minuty na
znalezienie jak najwięcej karteczek. Oczywiście, ja nie wiedziałam ile
ich jest (oczywiście, że wiedziałam). Klasa 1 znalazła 9, klasa 2a- 8,
klasa 2b przed czasem znalazła 10 za co po ich namowach jak widać
skutecznych dorzuciłam im z panią jeszcze jeden punkt, nasza klasa 3a
znalazła - 8, a klasa 3b-6. I tak za każdym razem gdy wracałam z jakąś
klasą musiałam ponownie rozłożyć karteczki w tych samych miejscach iść
po klasę, później ich pilnować, liczyć i znowu do pani, i znowu
rozkładać i po klasę i zapisywać i tak w kółko. Kiedy ta konkurencja się
skończyła byłam najszczęśliwsza, bo szczerze po 2 razie zrobiło się
nudno. Dodam, że jako iż miałam też pilnować mojej klasy a chciałam żeby
nie uznano, że oszukujemy, poprosiłam panią, aby wyznaczyła dwie osoby z innych klas,
które pójdą ze mną. Uczciwość to podstawa. W międzyczasie inni
rozwiązywali pozostałe konkurencje. Aż w końcu pani polonistka zażyczyła
sobie wybrać dwie osoby do konkurencji o nazwie ,,taczka''. Udało mi się
zaobserwować tylko naszą klasę, 3b i 2b. Śmiesznie to wyglądało. Kinga i
Kuba dali radę. Następnie nastąpiła bardzo niesprawiedliwa dla nas
konkurencja. Trzeba było ustawić się w rządku, stopa za stopą, a pani
miarką mierzyła ile metrów zajmuje klasa. Przegraliśmy wiadomo. Wygrała
klasa 2b. Ostatnia konkurencja dotyczyła rzucania ,,rakietkami'' (nwm
jak je nazwać) do koszyka z odległości. Jako, że była nas tylko piątka,
pani zdecydowała się na 5-osobowe drużyny. Przynajmniej nie kłóciliśmy
się o to kogo wytypować. ,,Cholera'' - pomyślałam. ,,W życiu nie trafię
do tego koszyka, jaki wstyd'', ,,Dobra, raz się żyje''. Okazało się, że
rzucamy jako pierwsi. Pierwsza rzucała Natalia, gdyby nie to, że
przewrócił się jej koszyk, bo nikt nie pomyślał, że tak będzie i go nie
trzymał mielibyśmy już wtedy jeden punkt. No ale niestety Natalka nie
powtórzyła już rzutu. Nie trafiła ani razu. Dodam, że każdy miał 4 szanse
(jedna próba, trzy właściwe). Następnie była Klaudia, Kinga i Kuba,
którzy ani razu nie trafili. Wtedy przyszedł czas na mnie. ,,Na początek
chciałabym Was z góry przeprosić jeśli kogoś uszkodzę'' za co dostałam
brawa i doping od klasy 2b. Pierwszy próbny prawie trafiłam ale odbił
się od brzegu i poleciał w bok. Następnie ktoś z wcześniej wymienionej
klasy krzyknął ,,dasz radę'' ale ,,trochę w prawo'', zaczęłam się śmiać, ale
po chwili zdecydowałam posłuchać rad i.....TRAFIŁAM. Następny poleciał
aż za bardzo w prawo a kolejny odbił się znowu od ramy kosza. Ale zawsze
to jeden punkt. Lepsze to niż zero. Następnie rzucały klasy 1a, 2a, 2b i
3b. Nie pamiętam wyniku 1a, 2a i 3b, ponieważ było to na pewno więcej
niż jeden. Pamiętam jedynie, że w 2b również zdobyli 1 punkt, ponieważ
zremisowali z nami i mieli tyle samo pkt za to zadanie. Po zadaniach
mieliśmy poukładać krzesła i stoliki i mogliśmy udać się do pokoi. O
godzinie hmmm, tak mi się wydaje, że 18 (albo 19) była kolacja, znowu
parę minut wyjęte z życiorysu. Następnie wróciłyśmy z Patrycją i
Wiktorią do pokoju. Szczerze chciało nam się spać. Wtedy usłyszałyśmy
muzykę. ,,To ta dyskoteka, tak?'' - zapytała Patrycja - ,,idziemy
sprawdzić?''. Kiedy szłyśmy w stronę światła...to znaczy muzyki,
pamiętam że mówiłyśmy, że pewnie ,,skończy się na belgijce'' albo że
,,nikt się nie będzie chciał bawić''. Błąd, błąd, błąd. Gdy weszłyśmy,
zobaczyłyśmy dużą grupę osób tańczących i bawiących się. Szok. Na
początku usiadłyśmy, bo próbowałyśmy wbić do głowy Wiktorii żeby szła z
nami się bawić, gdyż ona sama nie chciała tego zrobić. Jednakże widok
wyjątkowo dobrze ruszającego się ,,chłopaka'' (nie zdradzę imienia dla
własnego bezpieczeństwa) przyciągnął nas na parkiet. Minęło pół godziny,
godzina, dwie.. a my dalej się bawiliśmy. Nagle, dziwnie się
poczułyśmy, w sensie nie dziwnie jako źle, ale jakoś tak lekko. Dodam,
że nie spożyłyśmy ani kropli alkoholu. (z prowadzonego później przez nas
śledztwa wywnioskowałyśmy, że inni jednak pili...i to dużo, a opary
alkoholu z wydychanego powietrza najwyraźniej spowodowały, że nasze
głowy stały się lekkie). Mimo wszystko uznaje czas dyskoteki za
najlepszy w moim życiu. Bawiłyśmy się ze wszystkimi. Do dziś prześladują
nas w dobrym sensie ruchy jednego z chłopaków, o którym ściany pokoju
29 usłyszały bardzo dużo. Matko najdroższa, jak on się ruszał. (nie
wierzę, że to napisałam, po prostu nie wierzę). Pokój 29 usłyszał też
wiele sekretów, które obiecałyśmy, że zostaną tylko w naszych głowach i
nie opuszczą tego pokoju. Nie pamiętam nawet, o której skończyła się
dyskoteka, pamiętam jedynie, że krzyczałyśmy z Patrycją ,,chcę Ciebie'' i
,,wybieram Ciebie'' (na szczęście pamiętam do kogo, i to mnie przeraża
ale i śmieszy). Po dyskotece mieliśmy zorganizować noc filmową, ale w
końcu skończyło się na tym, że zaczęła się gra w twistera (Przemek ku
zaskoczeniu wszystkich, wygrywał, prawiee cały czas) ponadto nauczyciele
zajęli dwie wygodne kanapy w przejściu miedzy skrzydłami budynku i
śmiali się z przeróżnych rzeczy. Wiktoria w końcu pożyczyła od Mateusza
gitarę i grała nam ,,I see fire''. Kiedy okazało się, że pan Tomek
(matematyka + skill na gitarze) przyjechał zeszłyśmy na dół. Wiktorii od
razu spodobał się pomysł wspólnego śpiewania i grania. Po chwili
zdecydowałyśmy się z Patrycją przyjrzeć twisterowi. Udało im się
wciągnąć do gry naszego wychowawce (3a) a później nawet Pana Tomka. Po
godzinie oglądania zasnęłam na chwilę oparta o słup, ale obudziło mnie
wołanie Przemka ,,prawa noga na zielony'', którego krzyk wdarł mi się do
mózgu. Nie dadzą człowiekowi pospać. Kiedy wybiła 2 w nocy,
postanowiłyśmy z Patrycją i Wiktorią wrócić do pokoju. Powiedziałyśmy
nawet nauczycielom dobranoc. Sms od Łukasza jednak popsuł nam plany.
Zabrałyśmy koce i znowu ruszyłyśmy krucjatą do pokoju w drugim skrzydle.
,,Przecież miałyście spać''. No tyle, że jak weszłyśmy do pokoju to nam
się spać odechciało. Kiedy tam dotarłyśmy, ulokowałyśmy się na
łóżkach, owinęłyśmy się w koce i tak oto do godziny prawie 2:30
rozmawialiśmy i śmialiśmy się sami nie wiemy z czego. Około godziny 3 do
pokoju wparował p. Dutka z prośbą byśmy szły do swoich pokoi, bo
idziemy wszyscy spać. Nie było nam to na rękę, ale po chwili wymiany
zdań poddałyśmy się i wróciłyśmy ostatecznie do pokoju. Jednakże,
okazało się, że 1a i pani Beatka jeszcze nie idą spać i tańczą belgijkę.
Byłyśmy nieco złe, ale i zmęczone więc wróciłyśmy i zamknęłyśmy się w
pokoju. Kiedy już ujarzmiłam swoje włosy, wszystkie położyłyśmy się.. Za ścianą chłopcy z 2b urządzili sobie.. nie wiem co sobie
urządzili ale czymś trzaskali. Trenowali kung fu? Sprawdzali
wytrzymałość podłogi? Do dziś pozostaje to tajemnicą. Kiedy już się
położyłyśmy, wspominałyśmy we trójkę cały dzień. Nie obyło się od
wspominania dyskoteki i ruchów pewnego osobnika płci męskiej, który
wkradł nam się do mózgów na całą noc. Zaczęłyśmy się śmiać, aż nagle
usłyszałyśmy pukanie do drzwi. Okazało się, że to p. Dorosz ,,ciszej
dziewczynki, słychać Was na półpiętrze''. To nie nasza wina, to wina cóż
no właśnie kogo? Tego osobnika, którego imienia nie zdradzę. Jedno jest
pewne, kto nie widział pewnych rzeczy na dyskotece niech żałuje. Kto
nie był z nami na wyjeździe a mógł, niech też żałuje. Bowiem to był
najlepszy dzień naszego życia. Około godziny 4 zasnęłyśmy. Ustawiłyśmy
budzik na 8, ale Camille oczywiście musiała się obudzić już o 7. Po co
komu sen? Leżałam i wspominałam sobie poprzedni dzień z jedną myślą w
głowie ,,oby wszystko poszło tak jak ma być, błagam'' (czwartek: dzień interesów Camille). Z czasem obudziła
się też Patrycja i Wiktoria. Kiedy chciałyśmy z psychoPATKĄ
odpowiedzieć ,,cześć'' z naszych gardeł nie dotarł żaden dźwięk. Cóż
wczorajsze krzyki i śpiew na dyskotece mogły trochę pokiereszować nasze struny głosowe. Na
szczęście Patka miała tabletki na gardło i po 30 minutach znowu mogłyśmy
normalnie mówić. Uderzyła nas wtedy rzeczywistość; do 9 musimy
,,ogarnąć'' pokój, spakować się, ściągnąć pościel i co ważniejsze wyjść z
pokoju wyglądając jak cywilizowani ludzie. Gdy spojrzałam na swoje
włosy w lustrze przeraziłam się. Były w opłakanym stanie. Cóż, tona
odżywki, warkocz i upięcie włosów w stylu księżniczki Lei rodem z
uniwersum Star Wars pomogło. Gdy próbowałam ujarzmić wystające w różne
strony kosmyki, ktoś zapukał do drzwi. Jako że byłam najbliżej drzwi,
otworzyłam. Szczerze myślałam, że to jakiś nauczyciel. Myliłam się.
Okazało się, że to jeden z drugoklasistów (2b). Widziałam jak z
rozbawieniem taksował wzrokiem moje włosy po czym opamiętał się i
powiedział ,,oo to już nie śpicie'' i poszedł''. Takie życie z moimi
włosami.
Kiedy schodziłyśmy na śniadanie ludzie pytali
,,Kamila co się stało z twoimi włosami?'' albo ,,Gdzie twoje włosy?''.
Widzicie trzeba było pojechać ze mną na wycieczkę, żebym je spięła, no
ewentualnie można wpaść do nas na wf. Nauczyciele znowu siedzieli na
swoich miejscach na kanapie i śmiali się. Było to ciekawe doświadczenie,
zobaczyć ich poza szkołą, śmiejących się z różnych rzeczy. Pani Hefczyc
ubolewała ,,włosy mi się pokręciły, a niestety nie mam takich jak
Kamila, że zwiąże w warkocz i po problemie''. Z reszty rozmów totalnie
się wyłączyłyśmy i zeszłyśmy na śniadanie. Dostałyśmy znowu naszą
specjalnie zamówioną gorzką herbatę i było znośnie. Odśpiewaliśmy
nauczycielom sto lat i tonę innych piosenek. Ponadto Przemek w imieniu
całej szkoły podziękował pani dyrektor ośrodka za gościnę. Po śniadaniu
zostało nam tylko czekać. Ok. godziny 10 wszyscy zebraliśmy się w hallu i
żegnaliśmy się z tym miejscem. Osobiście stwierdziłyśmy z Patrycją, że
trochę żal nam opuszczać ten ośrodek, no ale trzeba wracać do domu i co
ważniejsze zregenerować organizm. Wiktoria o godzinie 16 wyjeżdżała na
kolejny obóz, dlatego ona raczej nie mogła tego dnia odpocząć. Kiedy pod ośrodek
podjechał autobus pożegnaliśmy się wszyscy standardowym ,,hugs'' bądź
,,do poniedziałku''. Osoby udające się w kierunku Głuchołaz wsiadły do
autobusu a ja, Wiktoria i Szymon udaliśmy się w kierunku przystanku w
przeciwną stronę. Zaczekaliśmy aż autobus odjedzie i ruszyliśmy w ogóle
się nie spiesząc. Autobus mieliśmy mieć 10:20. Kiedy dotarliśmy na
przystanek Wiktoria opowiedziała mi o tym jak na wakacjach pojechała z
koleżanką stopem do Szczecina. Następnie przybłąkał się do nas cudowny
brązowooki piesek, który tulił się do nas i chciał, żebyśmy go głaskali. Kiedy
przyjechał autobus, byliśmy nieco uradowani. Wracamy :D. Gdy wysiedliśmy
w Prudniku dookoła było mnóstwo ubranych na galowo osób. Tylko my trzej
podróżnicy z plecakami, torbami i kalimatami wyróżnialiśmy się. Około
godziny 12 dotarłam wreszcie do domu. Przypomniało mi się, że w nocy
miała miejsce premiera nowego sezonu Supernatural. Tak więc ledwo żyjąc
obejrzałam odcinek, który pokochałam od pierwszych sekund. Po obejrzeniu
odcinka w swoje objęcia porwał mnie Morfeusz. Spałam kilka godzin a
kiedy obudziłam się moimi pierwszymi słowami było ,,o matko, to już
poniedziałek?''. Tak to się dzieje, kiedy zasypiasz w środku dnia.Reasumując całe te dwa dni. Przed wyjazdem miałam wiele wątpliwości ale teraz z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że były to najpiękniejsze dwa dni mojego życia. Jedyny taki wyjazd całą szkołą, gdzie mogliśmy zapomnieć czy jesteśmy z klasy 1, 2 czy 3, zapomnieć, że ktoś jest starszy bądź młodszy, tylko po prostu się bawić. Świat realny został poza drzwiami tego budynku. Przypominając sobie rozmowy pokoju 29, uświadomiłam sobie, że mamy się z Wiktorią i Patrycją umówić na wspólne oglądanie filmu (którego tytułu zapomniałam).
Gdybym miała okazję znów pojechać na taki event zrobiłabym to bez zawahania.
Na dzisiaj to wszystko.
Do następnego postu.
~ Camille
____________________________________
Jedna z piosenek, która zapadła mi tego dnia najbardziej w pamięć:

Komentarze
Prześlij komentarz